W Sokolnikach Suchych pociąg zderzył się z ciężarówką przewożącą wyroby cementowe i wykoleił się. W składzie podróżowało około 120 osób. Kilka trafiło do szpitali, jedna z pasażerek zginęła. Wśród podróżnych był 34-letni Jan Sokołowski z Puław. - Byłem przekonany, że umrę - mówi.
Jechał po nowy samochód
Jan Sokołowski tego dnia miał jechać pociągiem z Puław do Kalisza, potem odbiór nowego samochodu i dalsza podróż już własnym autem do Włoch.
34-latek z Puław jest radcą prawnym, a także organistą w parafii św. Alberta. Z kolei korzystał wielokrotnie. Podróżował nią zarówno podczas studiów, jak i służbowo. Nigdy wcześniej nie wydarzyło się jednak nic, co mogłoby choćby przypominać dramatyczne wydarzenia z Sokolnik Suchych.
Puławy Miasto
- Pociąg w Puławach miał planowo być o godz. 10.05. Był remont, więc zamęt był wielki. Niektórzy, zamiast wsiąść do „Koziołka”, mogli wsiąść do „Górskiego” - wspomina. Ostatecznie znalazł się w odpowiednim składzie. Zajął miejsce w drugim wagonie i ruszył w stronę Kalisza.
Wszystko wyglądało normalnie
Początek podróży niczym nie różnił się od innych przejazdów. Pasażerowie siedzieli na swoich miejscach, rozmawiali, korzystali z telefonów.
- Za Radomiem, podczas odmawiania modlitwy, zasnąłem - opowiada. Jeszcze o godz. 11:08 zdążył napisać do koleżanki.
Około godz. 11.35-11.40 doszło do zderzenia pociągu z ciężarówką. Sokołowski wtedy spał.
- Obudziło mnie ogromne uderzenie. Było ciemno: pył, dym - relacjonuje.
Wagon gwałtownie się przechylił. 34-latek ocenia, że kąt nachylenia wynosił około 45 stopni. Wszystko działo się bardzo szybko. Pasażerowie nie wiedzieli jeszcze, co się wydarzyło, ale od razu czuli, że sytuacja jest bardzo poważna. - Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Wszystko było takie bezwładne - wspomina.
Wśród podróżnych znajdował się znajomy Sokołowskiego spod Puław. To właśnie jego głos usłyszał w pierwszych chwilach.
- Znajomy krzyczał, żebyśmy uciekali. Taka była też moja myśl, że zginiemy - mówi.
Najgorszy był brak reakcji
Wspomnienie pierwszych sekund po zderzeniu wciąż wywołuje u niego silne emocje. Sokołowski podkreśla, że najbardziej przerażające było poczucie, iż pasażerowie nie mają wpływu na to, co się dzieje. - Pociąg się nie zatrzymał, sunął się, nie można było zareagować - mówi.
Pasażerowie próbowali utrzymać się w wagonie. - Musieliśmy się czegoś trzymać, nie dało się inaczej. W wagonie było może 15, może 20 osób - wspomina.
Wszyscy czekali, aż skład ostatecznie się zatrzyma. - Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Był bezwład, brak reakcji. To było przerażające. Wreszcie się zatrzymał - opowiada.
W jednej chwili pomyślał o śmierci
W tych pierwszych chwilach nie wiedział, czy przeżyje. - Byłem przekonany, że umrę. Byłem przekonany, że to już koniec - mówi. To jedno przekonanie wraca w jego relacji kilkakrotnie. Wypadek był dla niego czymś nagłym i całkowicie nieprzewidywalnym.
Szczególne znaczenie ma dla niego fakt, że chwilę przed zderzeniem odmawiał modlitwę. Teraz patrząc na całe zdarzenie z perspektywy czasu, właśnie ten moment ma dla niego szczególne znaczenie.
Zaczęliśmy wybijać szyby
Kiedy pociąg wreszcie się zatrzymał, pasażerowie zaczęli sprawdzać, czy wszyscy są cali. Nie było jednak czasu na długie zastanawianie się. Przechylony wagon nadal stanowił zagrożenie, dlatego trzeba było jak najszybciej znaleźć wyjście. - Pytaliśmy się, czy nic się nie stało, zaczęliśmy wybijać szyby ewakuacyjne - relacjonuje Sokołowski.
Ostatecznie okazało się, że można wydostać się inną drogą. - Wyszliśmy stroną, którą pociąg się położył - mówi.
Pomagali kierowcy
W pobliżu miejsca wypadku znajdowali się kierowcy, którzy ruszyli na pomoc pasażerom. To oni pomagali ludziom wydostać się z wagonu. - Wyszliśmy przy pomocy kierowców, którzy stali na przejeździe – wspomina 34-latek. Sam jest zdziwiony, że udało mu się opuścić wagon nie tylko bez poważnych obrażeń, ale także z własnymi rzeczami. - Jakimś cudem udało się wyjść z bagażami - mówi. Dopiero na zewnątrz zaczął w pełni uświadamiać sobie, jak poważna była sytuacja.
Reanimowali kogoś z pierwszego wagonu
Wokół pojawiały się kolejne służby. Na miejsce przyjechały straże pożarne i karetki. Ratownicy zajmowali się osobami najbardziej poszkodowanymi. Sokołowski zobaczył, co dzieje się przy pierwszym wagonie. - Reanimowali kogoś. Wtedy uświadomiłem sobie, jaka była skala - mówi.
Wcześniej trudno było mu ocenić rozmiar tragedii. Wewnątrz wagonu panowały ciemność, pył i dezorientacja. Każdy koncentrował się przede wszystkim na tym, żeby się wydostać. Dopiero po wyjściu można było zobaczyć zniszczony skład i pracujące służby.
Solidarność przywraca wiarę w człowieka
Wśród tragicznych obrazów Sokołowski zapamiętał również zachowania ludzi, które były dla niego bardzo budujące. - Pierwsze chwile po uderzeniu: pytaliśmy się o pomoc. Ta solidarność była budująca, przywraca wiarę w człowieka - podkreśla.
Nieznajomi pomagali sobie nawzajem. Jedni próbowali wydostać innych z wagonów, inni pytali, czy ktoś potrzebuje pomocy. Pomagano również przy szukaniu bagaży. - Była taka solidarność między ludźmi, nawet przy przechodzeniu, całym tym rozgardiaszu - wspomina.
W sytuacji, która dla wielu osób była pierwszym w życiu doświadczeniem takiego zagrożenia, ludzie potrafili działać razem.
Pasażerowie trafili do Skrzynna
Po zakończeniu akcji ratunkowej uczestnicy wypadku byli spisywani przez policję. Następnie pasażerów przewieziono do biblioteki w miejscowości Skrzynno. Tam czekała na nich podstawowa pomoc. - Była woda, batony, ciepły posiłek - wylicza Sokołowski. PKP zorganizowała również transport powrotny. Wielu podróżnych zdecydowało się jednak wrócić samochodami z rodziną lub znajomymi.
Dla Sokołowskiego był to już czas, kiedy pierwsze emocje zaczynały powoli opadać, choć trudno było jeszcze spokojnie myśleć o tym, co się wydarzyło. - To było najtragiczniejsze przeżycie, najgorszy moment - mówi.
Wagon był zniszczony
Z czasem 34-latek zaczął jeszcze wyraźniej dostrzegać, jak poważne były zniszczenia.
- Wagon był zniszczony, przecięty w kilku miejscach, drzwi były zdeformowane - relacjonuje. - Najgroźniejsze było to, że cały wagon był przechylony. W każdej chwili mógł upaść - mówi. W jego ocenie właśnie fakt, że mimo takiego stanu wagonu osoby znajdujące się w środku wyszły z niego bez tragicznych konsekwencji, jest czymś niezwykłym.
W naszym wagonie nic nikomu się nie stało
Sokołowski wielokrotnie wraca do tego, że w drugim wagonie, w którym podróżował, nikt nie zginął. - W naszym wagonie nic nikomu się nie stało - podkreśla. Dla niego, patrząc na zniszczenia, jest to szczególnie ważne. - W kategorii cudu uważam, że w naszym wagonie nic nikomu się nie stało - mówi.
Nie oddziela tego od swojej wiary. Modlitwa, którą odmawiał tuż przed wypadkiem, i późniejsze wydarzenia tworzą w jego pamięci jedną całość.
Ból po czasie
Bezpośrednio po wypadku emocje były silniejsze niż zmęczenie czy ból. Dopiero później pojawiły się dolegliwości. - W czwartek zacząłem odczuwać ból w barkach, żebrach, ale to przecież nic wielkiego - mówi.
Na tle tego, co zobaczył na miejscu wypadku, swoje dolegliwości traktuje jako niewielkie. Najważniejsze jest dla niego to, że przeżył i mógł wrócić do domu.
Z pociągu do samochodu
Jeszcze kilka godzin wcześniej myślał przede wszystkim o tym, jak dotrzeć do Kalisza i odebrać samochód. Wypadek zmienił te plany, ale nie sprawił, że z nich zrezygnował. - W przyszłym tygodniu odbiorę samochód - zapowiada. Potem chce zrealizować kolejny etap swojej podróży. - Do Włoch jeszcze pojadę nowym autem - mówi.
Nie zamierza więc pozwolić, by jedno tragiczne wydarzenie całkowicie zmieniło jego życie.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.